Restauracja Royal Pallace - ostatki
Powołując się na wolność słowa i wolność klienta, świadom odpowiedzialności, jaka spoczywa na osobie zdającej relację oraz zniesmaczony tym, co dane mi było przeżyć w ostatnią sobotę karnawału, chciałbym się z wami czymś podzielić...
Ostatnio czytam sobie książkę Co na to Google? Jeffa Jarvisa (przy okazji polecam). Pisze on w jednym z rozdziałów, jak wpłynął na losy firmy DELL za sprawą swojego wpisu na blogu, którym rozpętał prawdziwą burzę dyskusji na temat obsługi klienta w tej firmie. Nie mam takich ambicji, nie mam też takich nowinek. Ot, w wąskim gronie znajomych oraz miłej atmosferze miałem spędzić ostatnią sobotę w restauracji, która pozostawiła gościom do dyspozycji parkiet oraz urządziła ostatki.
Na imprezę można było wnosić własny alkohol, nie można było wnosić nic bezalkoholowego. Rozumiem, nic nie wniosłem bezalkoholowego.
Goście wiekowo byliby raczej dobrymi współbiesiadnikami dla moich rodziców, ale nie ma to nic do rzeczy. Bawili się świetnie, jak grali, to tańczyli, jak kazali jeść, to jedli. Generalnie cacy.
Impreza była prawie że sylwestrowa (odświętne stroje, suknie, marynarki) oraz wstęp kosztował 70 zł.
Na początku wszystko wyglądało przyzwoicie, nie mam nic do zarzucenia temu, jak sala wyglądała, jak wyglądały stoły, sufity, ściany i parkiety. Jedzenie też było smaczne, chociaż nie było go dużo (może dlatego było smaczne). Sajgon rozpoczął się przy zakupieni butelki Coca-Coli (1 litr) oraz dzbanka soku. Razem 30 zł. Cóż...
Nie wiem jak z klimatyzacją w lokalu, ale to była jedna rzecz, do której można było mieć zastrzeżenia. Nic dziwnego, że Cola i sok szybko zniknęły ze stołu. Dodatkowo kelnerzy zaczęli "polować" na butelki, które cichaczem zostały wniesione do sali. Odbywało się to na zasadzie sięgania pod stół, również otwierania siatek i wyciągania napojów. Zdegustowanym gościom mówiono, że otrzymają je z powrotem po imprezie, że była mowa, że nie wolno.
I tu pierwsze zastrzeżenie: skoro nie wolno wnosić, niech zostanie to sprawdzone w trakcie wchodzenia. To nic trudnego zapytać przy wejściu, czy na pewno nikt nie wnosi napojów, ewentualnie poproszenie o pozostawienie siatek i toreb w szatni. Nie trzeba było później wypuszczać pracowników na krążenie po sali i rozsiewanie niemiłej atmosfery. Tym bardziej, że niektóre siatki spod stołu były przeszukiwane nawet pod nieobecność właścicieli, gdy poszli oni na parkiet.
Kolejna rzecz budząca zdziwienie u klientów lokalu... Obok nas siedziała grupa ok. 5 ludzi, którzy mieli dzbanek z sokiem (mało już) oraz poszli tańczyć. Nagle podszedł jeden z kelnerów, rozlał resztkę soku do szklanek i zabrał dzbanek - widocznie potrzebował napełnić go dla innych gości. Jakim prawem jednak zadecydował, ile komu soku się należy?
Uważam, że robienie dobrej miny do złej gry ma swoje granice. Tak też było w momencie, jak się dowiedziałem, że drzwi do lokalu zostały zamknięte na klucz, żeby ludzie nie chodzili kupować soków do pobliskiej Biedronki. Swoją drogą nie dziwię się ludziom, przecież litr Coli kosztował tam 15 zł!
Zrobiło mi się dziwnie, bo co w razie pożaru? Poszedłem więc sprawdzić, czy to prawda. I faktycznie, drzwi zamknięte na amen. Rozglądam się - nikogo z personelu nie ma w pobliżu. Obok jedynie drzwi z napisem Biuro. Zszedłem tam więc pośpiesznie (korytarz + schody do piwnicy).
Na miejscu zebrane towarzystwo siedziało przy stole, jedna pani ubrana na czarno najpewniej dowodziła, ponieważ gdy zapytałem, czy mogę przeszkodzić, odpowiedziała, że tak. Zapytałem więc, czy wiedzą tutaj, że drzwi u góry są zamknięte. Tak, są i będą zamknięte, bo państwo wychodzą, nie mówię, że pan, ale goście wychodzą i przynoszą napoje z zewnątrz. Pytam więc dalej, czy rozmawiam z osobą dowodzącą tutaj tym wszystkim. Tak. Kolejne pytanie - jak więc to się ma do przepisów przeciwpożarowych? W razie czego drzwi zostaną otworzone, ja mam klucze, personel ma klucze, jest w pobliżu, jest na sali.
W głowie zrodziło mi się kilka czarnych myśli oraz scenariuszy, jednak zamiast dalszej rozmowy burknąłem tylko, że ja podziękuję za taką imprezę i chciałbym wyjść. I tutaj największy już chyba szok...
Pracuję w obsłudze klienta, więc mniej więcej wiem, jak to wygląda, gdy przychodzi niezadowolony klient i się skarży. Klient, który jest niezadowolony i jawnie się do tego przyznaje to skarb! Możemy wysłuchać jego racji, odpowiedzieć kontrargumentami, przekonać do naszych racji, wyjaśnić sobie pewne kwestie, przekupić, przekabacić, nawrócić, ukrócić o głowę - jednym słowem - zadowolić go. Najgorsze, co możemy zrobić, to wypuścić go niezadowolonego.
Jak się pewnie domyślasz, biedny czytelniku, pani odpowiedziała: Proszę bardzo, już panu drzwi otwieram. Pożegnałem się więc ze znajomymi, przeprosiłem i wyszedłem. Przyznam szczerze, że sama myśl o tym, że lokal był zamknięty, wywoływała we mnie klaustrofobiczne odczucia. Można zatem powiedzieć, iż odetchnąłem z ulgą...

